2011-10-11
Zabić Papałę
Książka i film o sprawie zabójstwa generała Marka Papały.
Czy film Latkowskiego będzie półkownikiem?
„Zabić Papałę” – film dokumentalny Sylwestra Latkowskiego zobaczyłem na prywatnym pokazie dla kilku osób. Prapremiera wersji roboczej odbyła się co prawda podczas festiwalu w Gdyni, jednak dopiero teraz dokument został poddany odpowiedniemu montażowi, skrócony i opatrzny lepszym dźwiękiem.
Pokaz odbył się w podwarszawskim Konstancinie, w prywatnej willi wyposażonej w kameralną salkę kinową. Dokument Latkowskiego trwa 86 minut. Zaczyna się wizytą w rodzinnej wsi Marka Papały. Kończy się obrazami nakręconymi na miejscu zabójstwa, bezpośrednio po zbrodni.
Film Latkowskiego stał się już przedmiotem krytyki, głównie ze strony policjantów i prokuratorów prowadzących śledztwo. Rozpowszechniane są pogłoski o rzekomej niewiarygodności zarówno filmu, jak i reżysera. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” prokurator Mierzewski oświadczył, że to, co robi Latkowski, jest elementem dezinformacji, a jego książka na ten temat „jest wyjątkowo podła, sprawia wrażenie obiektywizmu, powołuje się na do-kumenty, ale moim zdaniem ogólne wrażenie ma być takie, że w śledztwie zmuszano świadków do składania fałszywych zeznań, kombinowano z materiałem, popełniono niesamowite błędy. I nie wiadomo, dlaczego uparto się na jednego, biednego Mazura. Bo przecież generał to kobieciarz, homo-seksualista, zabiła go żona. Taki moim zdaniem jest wydźwięk tej książki”.
Tymczasem dokument, który obejrzałem, demaskuje partactwo ekipy śledczej, która przez 10 lat bezskutecznie poszukiwała odpowiedzi na pytanie, kto zabił generała Marka Papałę. Próba zdezawuowania książki i filmu przez prokuratora, który śledztwo to od początku prowadził dowodzi, że Latkowski trafia celnie i boleśnie, a prokuratorowi Mierzewskiemu puszczają nerwy.
Dla kogoś, komu udało się przebrnąć przez pełną szczegółów i rewelacyjnych odkryć książkę o tym samym tytule, film będzie rozczarowujący. Latkowski skoncentrował się w nim na jednym wątku – roli w tej sprawie osób wywodzących się ze służb specjalnych. Jednak książka to skrupulatny zapis dziennikarskiego śledztwa, przeznaczony dla czytelnika pasjonującego się tematem. Film natomiast jest wycinkiem tego śledztwa, swoistym streszczeniem dla przeciętnego widza.
Latkowski odpytuje najbliższych znajomych zamordowanego. Tak się składa, że są to w większości funkcjonariusze specsłużb tego i poprzedniego systemu. Niektórzy byli oficerowie rozmawiają w sposób otwarty i szczery, opowiadając o swoich relacjach z Papałą, jak chociażby gen. Andrzej Anklewicz. Inni, jak gen. Józef Sasin (były szef Departamentu V MSW), zostali nagrani z ukrycia, nie pomogły im nawet rutynowo używane w służbach specjalnych systemy zagłuszające. Są też tacy, jak płk Roman Kurnik, którzy za wszelką cenę unikają kamery. Nie chcą odpowiadać na najprostsze nawet pytania. A Kurnik akurat - zdaniem autora - mógłby powiedzieć bardzo wiele. Przez wszystkich rozmówców Latkowskiego jest wskazywany jako osoba naj-bliższa Papale, jego mentor, ojciec jego oszałamiającego sukcesu (Papała był najmłodszym i najszybciej awansującym komendantem policji) i protektor. Na kilka tygodni przed zabójstwem dochodzi jednak do niespodziewanego ochłodzenia między Papałą a Kurnikiem. Dlaczego? O tym Kurnik nie chce mówić.
Zdaniem Latkowskiego Papała uwikłał się w dziwne zależności od tych ludzi. Zarówno finansowe, jak i towarzyskie. Zespół śledczych nie zajął się tym wystarczająco, chociaż w poszukiwaniu motywu zbrodni powinien zgłębić towarzyskie i służbowe zależności zabitego szefa policji. Oficerowie UOP mówią, że niektórych wątków nie wolno im było drążyć. Potwierdza to były minister koordynator specsłużb Zbigniew Siemiątkowski, który podkreśla, że niektóre wątki zostały potraktowane niestarannie. Pierwszy, zdaniem kryminologów najważniejszy, tom zapisów śledztwa zawiera mnóstwo szkolnych wręcz błędów i niedociągnięć. Warto dodać, że w skład ekipy weszli ci sami policjanci, którzy bezskutecznie usiłowali wykryć morderców byłego premiera Jaroszewicza i jego żony.
Jedną z osi dokumentu jest wielokrotnie w filmie cytowane nagranie, które redakcja „NIE” udostępniła Latkowskiemu. To nieupubliczniona dotąd rozmowa dziennikarzy „NIE” Doroty Pardeckiej i Macieja Wiśniowskiego z Piotrem W. pseudonim Generał, przestępcą, który został świadkiem koronnym. Jego zeznania w oficjalnym śledztwie stanowią jeden z głównych dowodów. W mającej miejsce kilka lat temu rozmowie z naszymi dziennikarzami Piotr W. będący wówczas jeszcze na wolności i nie podlegający władzy prokuratorów i klawiszy, mówi o zleceniodawcach zabójstwa, wskazując na bliżej nieokreślone szczyty władzy. Na osoby, których nazwiska bał się wymienić, bo są tak wszechpotężne, że „mogłyby każdego z nas obrócić w pył”. Oskarża też prowadzącego śledztwo prokuratora Jerzego Mierzewskiego o to, że „jest kupiony przez „Wołomin”. „Czy wiarygodny jest świadek Piotr Wierzbicki, który bezpodstawnie pomawia prokuratora Jerzego Mierzewskiego?” – pyta retorycznie Latkowski. A to istotne pytanie, bowiem zeznania tego sa-mego Piotra W. prokuratorzy prowadzący śledztwo traktowali bezkrytycznie. Nie wiedzieli jednak, co ten nieomylny w ich rozumieniu świadek wcześniej opowiadał o nich samych. Skoro zmyślał związki Mierzewskiego z „Wołominem” to skąd wiemy, że później mówił prawdę?
Inny obrazek. Były oficer UOP, tyłem do kamery, opowiada o tym jak wytropił groźnego mordercę Ryszarda Niemczyka pseudonim Rzeźnik, przez dłuższy czas typowanego przez ekipę śledczą na zabójcę Papały. Przełożeni oficera, szefowie śląskiej delegatury UOP, rozkazali jednak, żeby się nie zajmował tym mordercą poszukiwanym przez wiele lat. Dlaczego?
Wedle zapewnień kolejno rządzących polityków i śledczych sprawa morderstwa szefa policji uzyskała najwyższy priorytet. Jednak jeden z podejrzanych skutecznie ukrywa się w górach a następnie czmycha z Polski, mimo że UOP znał miejsce jego kryjówki. Byłego oficera UOP, który o tym opowiadał nikt nigdy nie przesłuchał, prokuratorzy do niego nie dotarli. Latkowski owszem.
I jeszcze inny fragment – rozmowa z byłym oficerem CBŚ nazywanym „Miami”, który opowiada o tym jak przez lata śledził każdy krok gdańskiego gangstera „Nikosia”. Policjant ten nie potrafi zrozumieć, czemu ekipa śledcza go nie przesłuchała. Jego zdaniem opisywane w śledztwie spotkania, w których miał uczestniczyć „Nikoś”, nigdy się nie odbyły. A na jednym z takich spotkań zdaniem prokuratury doszło do złożenia zamówienia na głowę Papały. Zamawiał biznesmen Mazur, a „Nikoś” brał w spotkaniu udział. Wraz z nimi przy stole siedzieć miał „Słowik” – gangster z Pruszkowa. Zdarzenie to kwestionuje „Miami” twierdząc, że po pierwsze z pewnością wiedziałby o takim spotkaniu, a po drugie „Pruszkowscy” nigdy nie usiedliby do stołu z „Nikosiem”, którego podejrzewali o współpracę z policją.
W tym poważnym filmie są też momenty komiczne, na przykład gdy Latkowski pokazuje nagraną przez policję scenę rozpoznawania przez świadków Edwarda Mazura. ON jako jedyny wśród okazywanych mężczyzn ma jaskrawo czerwony sweterek na sobie i zawsze ten sam numer 3. Amerykański sędzia Arlander Keys, który odrzucił wniosek ekstradycyjny, wręcz dworuje sobie z takiego „niezawodnego” rozpoznawania podejrzanych.
Kampania kwestionująca wiarygodność filmu Latkowskiego przynosi efekty. Od dłuższego czasu trwają pertraktacje dotyczące wyemitowania go w jakiejkolwiek telewizji. Nie idą najlepiej. Warto upomnieć się o ten film, dać szansę Latkowskiemu, poznać jego ustalenia. Ekipa śledcza miała 10 lat na wykazanie swoich racji. Jak dotąd nie potrafiła nawet spłodzić skutecznego wniosku ekstradycyjnego by sprowadzić do Polski biznesmena Mazura. Nie umie wskazać jakiegokolwiek motywu zbrodni. Nadal nie wiemy, kto i dlaczego zabił generała polskiej policji. Film „Zabić Papałę” jest oskarżeniem wymierzonym w ekipę śledczą i w polityków. Zdaniem Latkowskiego liczba błędów i zaniechań popełnionych w śledztwie przekracza granice niekompetencji, wskazuje na celowe działania zmierzające do ukrycia prawdziwych zabójców i ich mocodawców. Dokument „Zabić Papałę” może zostać półkownikiem, pewnie dlatego, że zbyt wiele w nim pułkowników.
Andrzej Rozenek Czy film Latkowskiego będzie pułkownikiem? Papała wciąż nie żyje NIE43/2008
„Zabić Papałę”, reż. Sylwester Latkowski, muzyka Piotr Krakowski, zdjęcia Krzysztof Gromek, montaż Rafał Samborski, produkcja Artnet, PISF.
O książce "Zabić Papałę". Porwane wątki
Po dziesięciu latach od śmierci generała policji Marka Papały wciąż nie wiemy, kto zabił i dlaczego. Schwytanie sprawców tej zbrodni, to punkt honoru organów ścigania. Trzeba więc zadać pytanie: gdzie są sprawcy i gdzie jest honor?
Marek Papała nie był wyłącznie, jak go przedstawiano, ascetycznym komendantem głównym policji. Po jego śmierci nikt nie odważył się publicznie powiedzieć, że ta tragiczna postać miała nie tylko zalety. Sylwester Latkowski, autor wielu filmów dokumentalnych, od kilku lat tropiciel afer w licznych programach telewizyjnych i artykułach prasowych, ujawnił we właśnie wydanej książce „Zabić Papałę”, że generał bywał na salonach, przyjaźnił się z politykami, biznesmenami i księżmi (m. in. prałatem Henrykiem Jankowskim), kłócił się z żoną, miewał romanse.
Do dzisiaj nikt także nie miał odwagi powiedzieć wprost, iż ci, którzy prowadzili śledztwo w sprawie śmierci generała, błądzili we mgle i błądzą nadal. Latkowski nie tylko to powiedział, ale i przekonująco udowodnił. Dotarł do wszystkich świętych sprawy Papały. Na szczęście nie szukał sprawców morderstwa, nie epatował wiedzą tajemną, nie stawiał nawet – jak to czasem ma w zwyczaju, karkołomnych hipotez - i nie mnożył listy podejrzanych. Po prostu chciał się dowiedzieć, jak przebiegało śledztwo i dlaczego nie przyniosło efektów. Zadawał suche pytania i sumiennie egzekwował odpowiedzi. Zdobył nieznane opinii publicznej dokumenty ze śledztwa, stenogramy przesłuchań, prywatne listy, ekspertyzy.
Pracował nad książką ponad dwa lata (równolegle nad filmem, którego premiera zapowiedziana jest podczas wrześniowego festiwalu w Gdyni). Napisał ją językiem prostym, wręcz chropawym. Trochę się spieszył, chciał zdążyć na dziesiątą rocznicę śmierci, dlatego zdarzają się błędy w imionach i nazwiskach ważnych postaci, kilka przekręconych dat, czasem styl reporterskiej opowieści zmienia się w niedbały język policyjnego raportu, ale te niedostatki to drobiazg. „Zabić Papałę” to w gruncie rzeczy potężny akt oskarżenia wobec tych wszystkich, którzy przez lata ogłaszali opinii publicznej, że nie spoczną, aż zabójcy Papały trafią za kraty. Postawili ok. 18 hipotez, możliwych scenariuszy zdarzenia, ale sami, bez głębokiej analizy, skupili się ostatecznie na jednym tropie, tym wiodącym do Chicago, do Edwarda Mazura.
Latkowski nie broni Mazura, ale pokazuje krok po kroku, jak śledczy brnęli w wersję, która nie wydaje się bardziej prawdopodobna niż inne wątki. Początkowo badano m. in. czy: Marek Papała padł ofiarą przypadkowego sprawcy; zabójstwa dokonano na tle seksualnym, z powodu nieporozumień rodzinnych; zabójcą był inny policjant; zabójstwo wykonano na zlecenie z powodu wiedzy, jaką generał posiadł. Na koniec przyjęto, że zginął z ręki wynajętego zabójcy, a wśród zleceniodawców był Mazur. I już tylko takiego scenariusza się trzymano.
Latkowski odsłania kulisy pracy grupy śledczej „Generał”. Ujawnia, jak ewoluowały zeznania Artura Zirajewskiego, najważniejszego świadka na udział w spisku Edwarda Mazura. Śledczy przyjęli, że zabójca może wywodzić się z kręgu trójmiejskiego tzw. klubu płatnych zabójców. Trafili do siedzącego w areszcie Marka Ruprechta, podejrzanego o udział w morderstwie gdańskiego biznesmena. Innym podejrzanym w tej sprawie był Zirajewski. Ruprecht złożył zeznania, z których wynikało, że w śmierć gen. Papały zamieszany jest gangster Kazimierz Hedberg, kiedyś współpracownik SB, potem UOP, po wyjeździe do Szwecji zorganizował tam kanał przerzutowy amfetaminy. Skazany w Szwecji, karę odbył na własne życzenie w Polsce. Rok po śmierci Papały Hedberg (ps. Kartofel) zmarł na raka. Zeznania Ruprechta potwierdził Zirajewski. Ani słowem nie wspomniał o Edwardzie Mazurze. Dopiero pięć miesięcy po pierwszych zeznaniach nagle pamięć mu się odświeżyła. W sierpniu 1999 r. po raz pierwszy wymienił nazwisko Mazura, jako uczestnika spisku na życie „grubego psa” (takim kryptonimem przestępcy określali gen. Papałę). Latkowski zauważa, że w każdych kolejnych zeznaniach pamięć Zirajewskiego cudownie się powiększała. Dodawał nowe szczegóły, daty, nazwiska. Czy wpływ na to miały spotkania z członkami grupy śledczej „Generał”?
Niezależnie od śledztwa grupy prokuratorsko-policyjnej swoje zadania wykonywali funkcjonariusze UOP (potem ABW). Dochodziło do nieporozumień. Oficerów UOP interesowały bowiem wątki z życia osobistego generała policji. Jeden z funkcjonariuszy UOP-ABW płk Ryszard Bieszyński nie wierzył w udział Mazura w spisku na życie Papały. W 2005 r. odszedł ze służby na emeryturę. Sam zgłosil się w charakterze świadka, aby złożyć zeznania podczas rozprawy ekstradycyjnej Edwarda Mazura w Chicago. Całość jego zeznań Latkowski zamieszcza w swojej książce. Na pytanie obrońcy, dlaczego Bieszyński zgłosił się na świadka, ten odpowiedział: „Ponieważ wierzę, że pan Mazur jest niewinny”. Ale jego wiary nie podzielali inni. Dlatego trop Mazura przesłonił wszystkie pozostałe, a kiedy sąd w Chicago odmówił ekstradycji, grupa „Generał” wykorzystała to jako alibi: bez Mazura sprawy nie dokończymy.
Latkowski charakteryzuje tło zbrodni, opisuje sylwetki przyjaciół i znajomych Marka Papały: Romana Kurnika, Wojciecha i Andrzeja Długoszów, Józefa i Jacka Sasinów. Przedstawia galerię znanych postaci ze świata przestępczego: Ryszarda Boguckiego, Andrzeja Zielińskiego ps. Słowik, Zygmunta Raźniaka, wspomnianego Hedberga, Baraniny, Kanigowskiego, Herszmana, Papiny. Każdy z nich mógł mieć związek z zabójstwem, ale żadnemu winy nie dowiedziono. Śledztwo wciąż pozostaje w stadium domniemań. Nie ma dowodów, a zeznania świadków brzmią mało wiarygodnie. Latkowski pyta: „Czy w wymiarze sprawiedliwości znajdzie się ktoś na tyle odważny, by podjąć zdecydowane działania w sprawie śledztwa, które tylko od czasu do czasu odżywa w mediach?”. Niech ktoś wreszcie mu odpowie.
Piotr Pytlakowski, Polityka, 3.09.2008
„Zabić Papałę” – wydawnictwo „Rosner i Wspólnicy”, Warszawa 2008
ZABIĆ PAPAŁĘ” Śledztwo w sprawie zabójstwa gen. Papały to kompromitacja polskich organów ścigania.
Sylwester Latkowski, znany reżyser dokumentalista i publicysta może śmiało dopisać sobie kolejny tytuł – dziennikarz śledczy. Mało tego, śmiem twierdzić, że „Zabić Papałę” to książka jakiej jeszcze nie było. Zasługuje na miano biblii polskiego dziennikarstwa śledczego.
To nie jest broszurka powielająca wątpliwe ustalenia bezskutecznie działającego od dziesięciu lat zespołu policyjno-prokuratorskiego. To wielowątkowe śledztwo prowadzone z wielkim rozmachem i rzetelnością.
Najpierw trzeba rozwiać złudzenia. W książce Latkowskiego nie ma jednoznacznego wskazania kto zabił i kto kazał zabić generała polskiej policji. Na przeszło 400 stronach Latkowski przedstawia kilkanaście tropów. Większość nie zbadanych przez śledczych, którzy w zasadzie od samego początku z uporem maniaka przywiązali się do jednej, własnej hipotezy. Zresztą z książki Latkowskiego jasno wynika, że hipoteza ta ulegała znacznej modyfikacji, wraz ze zmieniającymi się wciąż zeznaniami głównych świadków. Grupa policyjno-prokuratorska swoją wersję zabójstwa oparła o wyjaśnienia zatwardziałych bandytów, w większości skazanych na gnicie w więzieniu przez kilkadziesiąt lat. Nic zatem dziwnego, że zmianie ulegały podstawowe ustalenia śledztwa – osoba cyngla, zleceniodawcy, uczestników mordu. Czytelnik nie może oprzeć się wrażeniu, że przestępcy chociaż siedząc za kratami, mieli ogromny wpływ na działanie spec-grupy tropiącej zabójców Papały, kręcąc nią w dowolnym kierunku. Taki sposób prowadzenia sprawy musiał zakończyć się kompromitacją – spektakularną odmową amerykańskiego sądu wydania biznesmena Mazura. Efekt: przywiązana do jednej wersji ekipa śledcza, pozbawiona głównego podejrzanego, otoczona świadkami zmieniającymi wciąż zeznania, staje przed ścianą.
Wśród hipotez, które nie cieszyły się wzięciem śledczych Latkowski wymienia tak zaskakujące jak chociażby wątek gejowski. Były szef MSWiA Marek Biernacki tak o tym mówi na łamach ksiązki: „Papała był zainteresowany nie tylko paniami. Mówiono, że lepiej, by to nie wyszło na zewnątrz, bo wtedy będzie skandal – komendant główny policji podejrzany o związki homoseksualne”. Inne wątki związane z życiem osobistym komendanta Papały też nie zostały należycie sprawdzone. Nie wyjaśniono do końca roli żony Papały, która jako pierwsza odnalazła zwłoki i z nieznanych przyczyn w chwili znalezienia ciała męża zabrała jego portfel. Nie znalazł definitywnego rozstrzygnięcia inny trop, prowadzący do kuzyna komendanta, Wojciecha G., który był w wielkiej zażyłości z komendantową. Również dom, który wielkimi nakładami środków budował Papała w podwarszawskim Chotomowie, sąsiadujący z posiadłością „Dziada” – domniemanego herszta wołomińskiej grupy towarzyskiej, nie specjalnie interesował śledczych. Chociaż, było oczywiste, że jak pisze Latkowski „... Papała wykorzystywał swoją pozycję do celów prywatnych. Korzystał ze sponsorowanych wyjazdów, gościn. Przyjmował drogie prezenty”. Nie był więc kryształowym pogromcą bandytów na jakiego wykreowały go media.
Innym tropem zlekceważonym przez śledczych a znanym między innymi z łamów „NIE” były częste wizyty w klasztorze na Jasnej Górze. „... Marek Papała regularnie, dwa albo trzy razy w miesiącu przyjeżdżał na Jasną Górę. Cel tych wizyt nie zostanie wyjaśniony. Nie pomoże w tym już o. Ireneusz Pompa, do którego na krótko przed śmiercią zadzwonił Marek Papała, ujawniając mu, że jest śledzony” – stwierdza Latkowski. Ireneusz Pompa, przeor klasztoru zmarł 18 marca zeszłego roku, zabierając ze sobą nie tylko tajemnicę kontaktów z Papałą, ale i swoich wcześniejszych stosunków ze służbami specjalnymi PRL.
Książka Latkowskiego przeraża. Liczyłem trupy świadków, potencjalnych informatorów mogących wnieść coś do sprawy zabójstwa komendanta policji. Takich podejrzanych zgonów jest już kilkanaście. Do tego dodać trzeba następne, samobójstwa i naturalne odejścia – śledztwo trwa już dziesięć lat... Wyjaśnienie tajemnicy morderstwa Papały staje się coraz mniej prawdopodobne...
Wbrew pozorom to nie jest książka o jednym zabójstwie. To wstrząsająca relacja o panujących w Polsce obyczajach, o tym jak już dawno zatarły się granice między światem polityki, światem biznesu, światem służb specjalnych a światem zorganizowanej przestępczości. Latkowski nie odpowiada na pytanie kto zabił Papałę. Ale czy jakiekolwiek głośne morderstwo polityczne zostało wyjaśnione? Czy wiemy kto zamordował Jaroszewicza? Czy wiemy kto zabił Dębskiego?
– Ta książka wywoła trzęsienie ziemi – dzielę się z Latkowskim pierwszymi wrażeniami po przeczytaniu.
– Zostanie przemilczana. A nawet jeśli nie, to będą próbowali mnie zniszczyć, skompromitować... – spokojnie odpowiada – Zbyt wiele interesów pokazałem, naruszyłem.
Książka nie wyczerpuje całości dwuletniego śledztwa Latkowskiego. Jest tylko preludium do filmu, jego głównego dzieła. Premiera – 20 wrzesień 2008 Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni. Przemilczą czy zniszczą?
Andrzej Rozenek
Sylwester Latkowski „Zabić Papałę” Wyd. Rosner & Wspólnicy, Warszawa 2008.
Wersja autorska. Tekst ukazał się w tygodniku „NIE” pod tytułem „Paplanina o Papale”.
Śmiałowicz: Papała i inni
Przeczytałem niedawno książkę Sylwestra Latkowskiego "Zabić Papałę". Wydaje mi się, że to dobre podsumowanie dziesięciu lat śledztwa w sprawie zabójstwa generała. Z książki Latkowskiego można wyciągnąć wniosek, że śledztwo to było bezowocne. Jedyny ślad, na który śledczy wpadli dotyczy Edwarda Mazura, ale dowody przeciw niemu są bardzo wątpliwe, co potwierdziło odrzucenie wniosku ekstradycyjnego przez amerykański sąd.
Bo choć prokurator Jerzy Mierzewski bardzo oburza się na Latkowskiego za wybielanie na siłę Mazura, ja nie mam takiego wrażenia. Przecież Latkowski przytacza w całości wniosek ekstradycyjny, w którym polska prokuratura musiała ujawnić wszystko, co ma. Wielokrotnie zmieniane zeznania Artura Zirajewskiego, wzajemnie ze sobą sprzeczne, zeznania Słowika po konsultacjach z "Bolem" Raźniakiem - wszystko to każe bardzo sceptycznie patrzeć na przebieg słynnego spotkania w gdańskim hotelu Marina w kwietniu 1998 roku. A przecież to spotkanie ma być kluczowym dowodem przeciwko Mazurowi. Dlatego trudno dziwić się sędziemu Keysowi, że odrzucił wniosek ekstradycyjny. To oczywiście nie oznacza, że Mazur jest niewinny. Wiele poszlak wskazuje, że miał jakiś związek z zabójstwem. Może nawet było tak, że nasze organy śledcze miały jakieś informacje wskazujące na winę Mazura, których jednak nie mogły wykorzystać procesowo. Postanowiły wiec dorobić trochę dowodów.
Książka ma jedną podstawową zaletę. Pozwala skonstatować, ze wszystkie rozpatrywane hipotezy śledcze nie muszą być ze sobą całkowicie sprzeczne. Bo występujące w nich postacie gdzieś się ze sobą zetknęły. Mazur rozmawiał o zabójstwie z Pruszkowem, a Pruszków to też Bogucki i Niemczyk. Mazur rozmawiał z Kanigowskim, a Kanigowski to Baranina. Baranina przez układ wiedeński współpracował z Kuną i Żaglem, a ci ze Zdzisławem Herszmanem i Markiem Michnbergiem. Na spotkaniu w Marinie mógł być Kazimierz Hedberg vel Wasiak, który z kolei znał braci Długoszów z Radomia. Mazur znał dobrze Józefa Sasina, Hipolita Starszaka i Romana Kurnika. Kurnik utrzymywał bliskie relacje z żoną Papały Małgorzatą. Wiele z tych postaci gdzieś kiedyś otarła się też o podejrzenie handlu narkotykami, a obawa o ujawnienie przez Papałę narkotykowego interesu to najbardziej prawdopodobny motyw zabójstwa. Jeżeli jeszcze przyjmiemy pojawiająca się tu i tam hipotezę, że w proceder narkotykowy zaangażowana była sama policja, wówczas zamyka się krąg podejrzeń. Zaczynamy też rozumieć, dlaczego śledztwo ma tak mizerne efekty.
Książka oczywiście wprost nie daje odpowiedzi na pytanie, kto stoi za zabójstwem. Jest jednak na tyle inteligentnie skonstruowana, że najbardziej prawdopodobną hipotezę można wyczytać między wierszami. Sądzę, że nieprzypadkowo Latkowski na początku opisuje regularne obiadki w restauracji Kuźnia w Wilanowie, w których brali udział Kurnik, Sasin, Starszak i Papała. Nieprzypadkowo w szczegółach pisze o biografii uczestników tych obiadów.
Piotr Śmiłowicz, BLOGI - III RP istnieje, http://www.newsweek.pl/blogi/blog.asp?AutorBloga=p_smilowicz
POLSKA: Nie dałem się uwieść esbekom
Kto, Pana zdaniem, zabił Marka Papałę?
Nie odpowiadam na takie pytania. Mnie interesowało śledztwo.
Dlaczego Pan nie szukał zabójcy Papały?
Nie byłbym w stanie go znaleźć. Chciałem zrozumieć, jak to jest, że nie udało się tego wyjaśnić przez 10 lat. A także, czy to, że wokoło pojawiają się nazwiska znanych polityków, miało znaczenie dla sprawy, czy nie. Czy śledztwo nie utknęło także dlatego, że pewni ważni ludzie znają się nawzajem. Czy to, że wiceszef ABW jest znajomym Edwarda Mazura, może mieć wpływ na to, czy nie?
W książce nie stawia Pan żadnych konkretnych, ostrych tez.
Ja nie chcę tu mieć zdania. Chciałem przedstawić na chłodno te dziesięć lat śledztwa, które przedstawiano jako sprawę honoru polskiego wymiaru ścigania, a które jest w tym samym punkcie, w którym się zaczęło. Chcę, by wnioski mógł wyciągnąć czytelnik.
W książce Papała jawi się jako człowiek kontrowersyjny. Awans zawdzięcza dawnym esbekom, ma powiązania z podejrzanymi biznesmenami. To zrzucanie generała z pomnika jest konieczne?
Tak, jeżeli chcemy dojść do prawdy. Nie dojdziemy do prawdy, jeśli i policjanci, i dziennikarze nie będą bazować na faktach. A one często są dalekie od mitu. Jak choćby to, że Marek Papała pośredniczył w rozwiązywaniu konfliktów pomiędzy biznesmenami Zbigniewem Komorowskim i Edwardem Mazurem. Albo właśnie jego powiązań ze środowiskiem wysokich funkcjonariuszy SB. Wysokość pomnika, na jakim znalazł się Papała, była jedną z przyczyn, dla których śledztwo utknęło.
Ostatni minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro bardzo ambicjonalnie podchodził do śledztwa. Ale nawet nie udało mu się sprowadzić do polski podejrzanego Edwarda Mazura.
Prawdopodobnie tak jak większość ministrów sprawiedliwości Ziobro czerpie wiedzę z tak zwanych referatów. Nie ma czasu na uważną lekturę akt śledztwa. I tu pojawia się problem.
W referatach jest nieprawda?
Mogą być przekłamania. Może być położony nacisk na wątki poboczne. Dowody twarde mogą być przedstawiane jako miękkie i na odwrót.
Dlaczego śledztwo utkwiło?
Co się dzieje z trenerem piłkarskim, który wciąż ponosi klęski?
Zostaje wymieniony...
A tu ci sami ludzie kręcą się w kółko. Przyjęto jedną wersję wydarzeń i jej się trzymano. Po dziesięciu latach nawet najlepsi śledczy byliby już wypaleni, nie chcieli się przyznać do pomyłek. Brak jest świeżego spojrzenia.
Czemu ich nie zastąpił kto inny?
Tam jest taki klimat: i w policji, i w prokuraturze, że nikt nie chce się dotykać tej ekipy. Bo będzie to odebrane jako naciski polityczne, próba mataczenia.
Obecna ekipa rządząca coś zmienia? Ma powstać grupa analityków, którzy skontrolują śledztwo.
To ruch w dobrym kierunku, ale wciąż za mało. Potrzebna jest całkowita rewizja. Przesłuchanie na nowo świadków.
W Pana książce pada stwierdzenie, że "Papałę zniszczyła warszawka". Co to jest ta warszawka?
To mówi Zbigniew Siemiątkowski. Warszawka to te wszystkie rauty, towarzyskie układziki, śledziki, wódeczki w zamkniętym gronie ludzi policji, dawnych służb, ale i polityki czy biznesu. Dołączenie do nich było wrotami do kariery.
Warszawka źle przyjęła to, że kręci Pan film o śledztwie w sprawie Papały?
Nie chciała się zgodzić na niego żadna z dużych telewizji. W organach ścigania obawiano się nas, traktowano jak intruzów, badano, co robimy, mnie śledzono.
Macki ludzi, którzy zabili generała Marka Papałę, są tak wszechogarniające, że wszyscy, którzy są w policji, boją się im podpaść?
To o co innego chodzi. Szperanie w tym to dotknięcie przeszłości wielu ludzi, którzy byli zaangażowani w tę sprawę, bo byli świadkami, znajomymi. W śledztwie wypływały rozmaite prywatne szczegóły. Pisząc tę książkę, musiałem pokazać, jak wygląda ta policja: biznesowe powiązania oraz panowie z dawnych służb, którzy do jakiegoś stopnia tym wszystkim trzęśli. Decydowali o tym, kto robił karierę i kto jakie stanowisko zajmie.
Oni faktycznie trzymają się razem, w jakiś sposób są zorganizowani?
Spotykają się razem. Jeśli przyjmiemy, że te spotkania służą nie tylko piciu wódki, to na pewno próbują wspólnie wywierać nacisk na rozmaite rzeczy.
Jako najbardziej wpływowa osoba jawi się w Pana książce Roman Kurnik, człowiek SB, były zastępca Papały, a potem zastępca ministra Janika. Jego ludzie wciąż są w policji?
Oczywiście. Ludwik Dorn jako minister zwracał na to uwagę, ale na tym się skończyło. Zresztą proszę pamiętać, że to niełatwe środowisko, by cokolwiek wyjaśniać. Choćby ze względu na powiązania rodzinne. Policja jest pełna wujków, braci i ojców. I jak to ma być? Rodzina siedzi sobie przy obiadku, jest miło, a tu kuzyn nagle wujkowi założy podsłuch?
To dotyczy także podejrzanych?
Na uroczystościach z okazji 9. rocznicy śmierci Papały widziałem, w jakich relacjach jest wielu policjantów z osobami, które w którymś momencie były w kręgu podejrzenia. Łza się w oku kręciła. Czy jedni drugich mogliby porządnie przesłuchać?
Widzi Pan wyjście z tej sytuacji?
Zaproponował je kiedyś Paweł Biedziak - ściągnąć ludzi spoza Warszawy. Najlepszych policjantów z kraju.
W książce pisze Pan o swoich rozmowach z byłym ministrem i prokuratorem krajowym Januszem Kaczmarkiem. Pisze Pan, że rozmawiał on z Panem tylko po to, by wyciągać informacje o przygotowywanym przez Pana filmie i książce, ale nie pisze Pan po co.
Wczoraj się dowiedziałem, że robił to dla szefowej grupy "Generał", która zajmuje się śledztwem. Choć wolałbym wierzyć, że Kaczmarek nie jest aż tak niecny.
Bardzo dużo w Pana książce mówią byli funkcjonariusze służb PRL, choćby Hipolit Starszak, Jan Bisztyga, Józef Sasin. Nie został Pan po prostu przez nich ograny i nie sprzedał ich wersji?
Przeciwnie. Chciałem wreszcie przerwać zasadę, że funkcjonariusze mówili przy wyłączonych mikrofonach jedno, a przy włączonych drugie. W ten sposób manipulowali dziennikarzami. U mnie oni mówią pod nazwiskiem.
Wiedzą o tym?
Część nagrań zrobiłem z ukrycia. Przyjąłem podobną zasadę jak autorki filmu "Trzech kumpli". Chciałem skończyć z zaklętym kręgiem, w którym dziennikarze byli ogrywani przez nich.
Ale mimo wszystko nie będzie to wyglądać tak, że rozlicza Pan śledczych ustami esbeków?
Nie. Bo jeżeli chodzi o śledztwo, oparłem się na aktach. Esbecy przedstawiają tylko swoją wersję tła wydarzeń.
W książce sypie Pan nazwiskami policjantów, tych z grupy "Desperados", skupionej wokół Marka Papały, czy właśnie szefowej grupy "Generał", inspektor, która rozpracowywała gang płatnych zabójców w Gdańsku.
Podaję te nazwiska, które pojawiały się w mediach. Policjanci z "Desperados" to byli jawni pracownicy KG Policji, o pani Wierchowicz pisała prasa. Nazwisk, których ze względu na śledztwo bądź bezpieczeństwo tych osób nie powinienem ujawniać, nie podałem.
Opisuje Pan rozmaite wątki, które śledczy brali pod uwagę. Po jaką, przepraszam, cholerę, opisu

je Pan słabo udokumentowany i sensacyjny wątek gejowski sugerujący, że generał ukrywał swój homoseksualizm? Te dwie strony mogą zadecydować o odbiorze całej książki.
Ja nie odkrywam tu jakiejś sensacyjnej prawdy na temat Papały, tylko pokazuję jeden z powodów, dla których śledztwo stoi. Jak do nowego szefa MSWiA przychodzi generał i mówi: niech nie zajmuje się pan Papałą, bo to "sprawa pedalska". Pokazuję, jakie absurdy się w nim pojawiały, by zniechęcić osoby postronne do grzebania w tym.
Sądzi Pan, że uda się doprowadzić śledztwo do końca?
Sądzę, że nawet jeśli akt oskarżenia zostanie sformułowany, to na skutek rozmaitych błędów skończy się jak w Chicago z Edwardem Mazurem. Materiał dowodowy okaże się zbyt słaby.
Rozmawiał Wiktor Świetlik, Polska, 2008-09-05
Zobacz także
Właśnie przeczytałam plik wydruków internetowych, wywiady, czaty etc, m.in o 'Blokersach'. I o najnowszym filmie, i tyle tam rzeczy bliskich mojej najnowszej powieści, chyba dla wszystkich niecenzuralnej (poprawczak, tortury, dilerka, lesbijstwo), ż
Media potrafią zniszczyć, rozwalić na kawałki człowieka. Nie uznają stopnia winy. Jest temat. Da się z tego zrobić Newsa, a wiec wyrok zapada. Dziennikarz, redaktor, naczelny nie zawracają sobie sprawy obroną, procesem odwoławczym, wyznaczają
Jak można na przypuszczeniach tak podejść do poszkodowanej rodziny, powinni chyba podchodzić ze szczególną ostrożnością w podejmowanych działaniach, a tu weszli do domu jak do bandyty.
Chwilami myślę, że komuś zależy, abym trwał w niebycie, jakby moja wiedza o NFI stanowiła dla kogoś zagrożenie. W tej sprawie nie chodzi, by złapać króliczka, ale by go gonić.