2011-10-10
Archiwum bloga, rok 2004 (7)
Leszek Możdżer, na swojej stronie internetowej porusza ważny problem, który go dotknął dzisiaj do żywego. Uwielbiam ga za to. Leszek, pisze: "W Sopocie nie da się kupić połówki kapusty. We wszystkich warzywnych sprzedają tylko całe. Może to
Połówka kapusty Możdżera
06-07-2004 23:36:33
Leszek Możdżer, na swojej stronie internetowej porusza ważny problem, który go dotknął dzisiaj do żywego. Uwielbiam ga za to. Leszek, pisze: "W Sopocie nie da się kupić połówki kapusty. We wszystkich warzywnych sprzedają tylko całe. Może to spowodować poranne frustracje polskich artystów zamieszkałych w Sopocie, a co za tym idzie, niższy poziom Sztuki Polskiej w ogóle."
Poszkodowany Andrzej S.
07-07-2004 12:39:53
Obejrzałem konferencję zorganizowaną przez Fundację Obserwatorium Wolności Mediów w związku z zatrzymaniem psychologa Andrzeja S. Dlaczego Fundacja nie zorganizowała takiej konferencji w obronie innych osób, które wcześniej także zostali w taki sam sposób przedstawieni, jak Andrzej S.? Bycie osobą publiczną to nie tylko przywileje. Bycie osobą publiczną nie oznacza nietykalności. Wielokrotnie ci sami psychoterapeuci oceniają i to bezlitośnie. Pan Tymochowicz kpi z osób publicznych wymieniając ich z nazwiska i imienia w prasie tabloidowej. Dlaczego nic nie usłyszałem o ofiarach pedofilii, o tym jaki dramat musiał się dziać w gabinecie psychoterapeuty, któremu oddawano w pełnej wierze dzieci? I to dzieci z problemami! Ani słowa! Dlaczego podnieśli larum szermując słowami moralność, etyka? Podejrzewam, że przestraszyli się tego, iż padł ich mit osób wszechwiedzących, skoro nie potrafili w przyjacielu, znajomym dostrzec jego skłonności? Czy nie zaważyła obawa, że stracą autorytet bycia guru od przeglądu dusz? Zawsze przecież wypowiadają się z pozycji osoby autorytetu. Może zaważyć to na ich finansach, będzie mniej klientów, mniej zleceń, będą musieli obniżyć ceny za swoje usługi? Nie powinniśmy bronić jednej strony bardziej niż innej. Ten sam skład osobowy wcześniej nie reagował, że Andrzej S. dotknięty wieloletnim alkoholizmem zajmował się psychoterapią dzieci. Chyba nie chcą powiedzieć teraz, że nie ma to znaczenia w pracy z dziećmi? To zwykła obrona interesów korporacyjnych. Kompromitujące było wyznanie profesora Czaplińskiego, że współczuje Andrzejowi S., ofiarom nie, bo ich nie zna. Pan Santorski także mówi, że bez względu na epilog sprawy, czy będzie winien czy nie, także współczuje Andrzejowi S. To ludzie dla których zmowa milczenia jest idealna.
Dokumentacja
09-07-2004 23:02:46
Kolejne spotkanie, rozmowa po której krew się burzy. „Pierwszy raz zdarzyło się w łazience. Po prostu wszedł. Trwało to cztery lata, aż zaprzestałam nocnych kąpieli. Odzwyczaiłam się od nocnego mycia. Mam teraz 26 lat i nadal tego nie robię ” W czasie każdego filmu nasiąkasz opowieściami swoich bohaterów, potem to zrzucasz z siebie, ale nigdy do końca już tego nie jesteś w stanie uczynić.
Andrzej Samson na liście pedofilów
09-07-2004 23:10:54
Podobno ludzie nie mający wątpliwości są niebezpieczni. W takim razie w stosunku do pedofilów jestem bardzo niebezpieczny. Nie chcę nawet ich zrozumieć, nie interesuje mnie ich cierpienie, więc zrobię jednostronny, subiektywny obraz, w którym ani przez chwilę nie będzie mi ich żal. Nie ma we mnie takiego współczucia jakie okazał psycholog Jacek Santorski, który na konferencji łkając przepraszał poszkodowanego Andrzeja Samsona. Świadomie użyłem nazwiska Andrzeja S., bo nazwiska pedofilii powinny być jawne. Czas stworzyć powszechnie dostępną listę pedofilów.
Co robić, by nasze dzieci miały udane życie?
10-07-2004 00:59:47
Jakże inaczej patrzy się na niedawną konferencję w obronie poszkodowanego Andrzeja Samsona, gdy wie się, że jednym z obrońców jest Wojciech Eichelberger, który z Andrzejem Samsonem jest współautorem książek, a Jacek Santorski wydawcą tych autorów. Jak zachęca się do dzisiaj, bo nadal tak jest choćby na stronie wydawnictwa biznesmena Jacka Santorskiego, książki Eichelbergera i Samsona”? Pierwsza pozycja - „Co robić, by nasze dzieci miały udane życie?” Czytam: "Jak przejawiać miłość wobec dziecka, by wyszła mu na dobre? (…) Niestety zbyt wielu kochających rodziców wciąż nieświadomie krzywdzi swoje dzieci. (…) Mamy nadzieję, że ta książka pomoże tym wszystkim, którzy chcą zrozumieć swoje dzieci i poprawić relacje w rodzinie. Bo odpowiedź na pytanie, co robić, by nasze dzieci miały udane życie, jest też receptą na to, co robić, by wokół nas było więcej zadowolonych z życia rodziców." Kolejna - „ Dobre rozmowy, które powinny odbyć się w każdym domu” Autorzy do lektury zachęcają: „Przychodzą do nas rodzice nastolatków i mówią: nie możemy znaleźć wspólnego języka z naszymi dziećmi. Przychodzą prawie dorosłe dzieci, a nawet już dojrzali ludzie i skarżą się: nie potrafimy dogadać się ze swoimi rodzicami. Nieporozumienia rodzą się jakby wbrew nam - na skutek braku wiedzy o prawach rządzących dorastaniem dzieci, z nieadekwatnych wzajemnych oczekiwań, a także z braku doświadczenia i dobrych wzorców w prowadzeniu ważnych, znaczących rozmów.” Ciekawa jest także notka do książki: „Dobra miłość” „Dlaczego tak wielu dorosłych, pomimo najszczerszych chęci bezwiednie krzywdzi swoje dzieci, a potem cierpi z powodu chłodnych relacji”. Prawda, że Andrzej Samson miał tupet? Jakim musiał być zimnym draniem? Jakim hipokrytą? Tylko dlaczego psycholog, psychoterapeuta Wojciech Eichelberger i psycholog Jacek Santorski postanowili bronić go a nie ofiary. Dlaczego w czasie konferencji nawet się nie zająknęli o dramacie dzieci? Dramat kumpla jest ważniejszy? Wiem, że zaraz usłyszę, ze Samson jest po prostu chorym człowiekiem, może koledzy załatwią mu nawet żółte papiery by się wyłgał z odbycia kary, albo była jak najmniejsza. Nie zmienia to jednego, że żaden z nich nie myślał wtedy o skrzywdzonych dzieciach.
Kilka miesięcy później Wojciech Eichelbereger w czasie rozmowy realizowanej dla filmu „Pedofile,” dystansował się od Andrzeja Samsona. Twierdził, że nie utrzymywał zażyłych prywatnych kontaktów z Samsonem. Widzieli się na spotkaniach autorskich, studiu telewizyjnym, itp. Wyciągnął mały kalendarzyk na dowód, że ich znajomość była wyłącznie zawodowa. Przede mną nie siedział mentor, ale człowiek, który obawiał się czegoś. Operator, który znał go z nagrań wcześniejszych, przyznał, że nigdy go takim nie widział.
Biznesmen-psycholog Jacek Santorski
10-07-2004 09:05:45
Na konferencji prasowej Jacek Samson przedstawił się jako biznesmen i psycholog. Kiedy wejdzie się na stronę internetową jego wydawnictwa nadal jest się zachęcanym do kupienia książek „wybitnego psychologa i psychoterapeuty” Andrzeja Samsona. W notce biograficznej o autorze można przeczytać, że Andrzej Samson (1947) należy do grona pierwszych polskich psychologów, którzy na początku lat 70-tych zajęli się profesjonalną psychoterapią. Zyskał niezwykłą popularność i powszechny szacunek dzięki spektakularnym rezultatom w psychoterapii rodzin i dzieci. Autor szeregu książek popularyzujących psychologię (…) od dawna ujawniał talenty i zamiłowania literackie jako autor tekstów znanych piosenek, sztuk i scenariuszy . Miska szklanych kulek jest jego pierwszą, zdumiewającą powieścią, obok której trudno przejść obojętnie. Konstrukcją powieść ta przypomina najwybitniejsze osiągnięcia SF, z Philipem K. Dickiem na czele.” Oczywiście to, co się wydarzyło – oskarżenia o pedofilię, przyznanie się autora do tego, nadal nie ma znaczenia dla biznesmena- psychologa Jacka Santorskiego. Dla niego kolega Andrzej Samson nadal jest wybitny, nadal wzbudza „powszechny szacunek dzięki spektakularnym rezultatom w psychoterapii rodzin i dzieci.”.
Oto lista oferowanych przez biznesmena-psychologa Jacka Santorskiego książek autorstwa Andrzeja Samsona: „Książeczka dla przestraszonych rodziców. Czyli co robić, gdy Twoje dziecko zachowuje się dziwnie, niepokojąco, nietypowo?”, „20 tysięcy godzin w budzie. O szkole, uczniowskim losie i kilku innych sprawach”, „Dobre rozmowy, które powinny odbyć się w każdym domu”, „Dobra miłość”, „Co robić, by nasze dzieci miały udane życie”, „7 opowiadań o miłości i jedno inne”, „Książeczka dla przestraszonych rodziców. Czyli co robić, gdy Twoje dziecko zachowuje się dziwnie, niepokojąco, nietypowo?” i na koniec cytuję „sensacyjna powieść wybitnego psychologa i psychoterapeuty” – „Miska szklanych kulek”.
Jakaś terapia
12-07-2004 12:30:16
Ewa Woydyłło, psycholog z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie mówi w Dużym Formacie dla „Gazety Wyborczej”: - „Może te zdjęcia ze śmietnika to część terapii, jakaś technika, która pomagała mu rozwiązać problem dziecka. Wyobraźmy sobie taką sytuację - na kanapie siedzi zgwałcona przez ojca dziewczynka. Milczy i płacze. On chce jej pomóc. Mówi: Wiem, co się stało. Dotykał cię tu i tu, tak? Wiem, czujesz się obrzydliwie brudna. Chcę ci pokazać, że taka nie jesteś. Skrzywdzona - tak, ale nie brudna. Rozbierz się. Robi jej zdjęcie, które potem wspólnie oglądają. Popatrz, tak cię widzę. Nie jesteś brudna. Jesteś w porządku. Dlaczego zdjęcie, nie lustro? Bo w lustro patrzyłaby swymi oczami.” A na zdjęcia patrzyłaby niby jakimi oczyma? A może pani psycholog sprecyzowałaby jak nazywa się ta technika, a nie mówi „jakaś technika”? Kolejny psycholog zwolennik eksperymentowania na dzieciach? Czy psycholog, który wykorzysta swój autorytet wiedzy by uzasadnić zbrodnie dokonywane na duszy dzieci, jeśli to ma pomóc koledze po fachu? Czy pani Ewa Woydyłło także wydaje się wyznawać pogląd zawarty w książce Andrzeja Samsona: „Rzecz w tym, że jestem zupełnie normalny. Przynajmniej dla kryteriów medycznych. Jeśli chodzi o inne kryteria, to czyż istnieje jakaś norma? Czy można powiedzieć, iż jakieś postępowanie jest normalne moralnie, tak jak stwierdza się, że 36,6 stopni Celsjusza jest normalną temperaturą? (...) Jedynie prawo tak jak medycyna operuje pojęciem normy.”
Dlaczego wyjadę z Polski na zawsze?
12-07-2004 14:26:30
Znalezione w internecie: „Dlaczego wyjadę z tego kraju na zawsze”:
1.Bo mam serdecznie dosyć niemal codziennie wybuchających afer z politykami w rolach głównych
2. Bo mam serdecznie dosyć wzajemnej nieżyczliwości, braku tolerancji, zawiści - tak powszechnych wśród Polaków
3. Bo mam serdecznie dosyć moich sąsiadów dwa razy w tygodniu urządzających grilla na balkonie i drących mordy do 2 w nocy (albo do interwencji wezwanej ochrony)
4. Bo mam serdecznie dosyć otaczającej mnie biedy, bezrobocia i atmosfery porażającego strachu we wszystkich w zasadzie firmach
5. Bo mam serdecznie dosyć typowo polskiego niezdecydowania i nieumiejętności udzielania jednoznacznej odpowiedzi na najprostsze pytania
6. Bo mam serdecznie dosyć Romana Giertycha i Andrzeja Leppera
7. Bo jestem zwyczajnym, uczciwym facetem, który nie bije i nie zdradza żony, nie chla wódy, nie kradnie, nie oszukuje - a dla takich nie ma tu miejsca
8. Bo nie boję się przyznać do błędu - co w tym zwariowanym kraju jest poważną wadą.
================================
I, żeby było zabawniej, względy ekonomiczne NIE SĄ W MOIM PRZYPADKU POWODEM WYJAZDU.
I tylko trochę mi smutno, że nie jestem w stanie żyć w swojej ojczyźnie...
~ya, 2004-07-12 10:06
Za naszego życia już się to nie zdarzy
12-07-2004 15:39:22
Pani psycholog Ewa Woydyłło, ta od „jakiejś techniki”, dla TVN 24 mówi: „Umówmy się, pewnie słyszymy po raz pierwszy o takim przypadku. Za naszego życia już się to nie zdarzy.” Najważniejsze to mieć dobre samopoczucie. Z takim nastawieniem na pewno pani psycholog wraz z kolegami zacznie pracować nad tym by ograniczyć taką możliwość – czyli pracę z dziećmi przez psychoterapeutów pozbawionych jakiejkolwiek kontroli. Przecież nie ma problemu, umówmy się, to tylko przypadek, który nie powtórzy się za życia Pani Ewy Woydyłło. Gdyby ta jeszcze mogła podać ile będzie trwało, pacjenci mieliby więcej spokoju. Przyznam, że psycholog Ewa Woydyłło nosi gustowne, nowoczesne oprawki okularów, zdradzające jej fikuśną naturę.
O co chodzi w sprawie Eichelbergera?
12-07-2004 16:43:50
Jedna z dziennikarek od kilku miesięcy ma gotowy materiał o naruszaniu żelaznych zasad przez jednego z bardzo znanych psychoterapeutów. Redakcje nie są zainteresowane publikacją. Dzisiaj czytam kolejne artykuły, w których napomyka się o nim jako o X., który miał to niby uwieźć pacjentkę. I może czas przerwać zmowę milczenia i powiedzieć wprost, że chodzi o Wojciecha Eichelbergera. Tego samego psychologa i psychoterapeute złorzeczącego na konferencji zwołanej w związku z naruszeniem zasad przez media w sprawie Andrzeja Samsona. Tym bardziej ważne jest to wreszcie wyjaśnić, bo zawód psychologa, psychoterapeuty wydaje się być zawodem tzw. społecznego zaufania. Może środowisko zamiast nerwowo bronić swojej korporacji zacznie wreszcie wprowadzać żelazne reguły do swojego życia. O Andrzeju Samsonie, o jego problemach alkoholowych i innych środowisko wiedziało, ale bało się ruszyć go by był świętą krową.
Okazało się, że od roku czasu w środowisku bliskim Eichelbergerowi krażył list otwarty, w którym padły mocne zarzuty przeciw niemu. Pokazuje on mniej znaną twarz znanego psychoterapeuty. Poniżej jego fragment:
LIST OTWARTY DO WOJTKA EICHELBERGERA 25.10.2003
Wojtku,
Po 17 latach milczenia zdecydowałem się zabrać głos w liście otwartym do Ciebie w kwestii wiarygodności nauczyciela zen Pana Philipa Kapleau i jego linii nauczania. Jak pamiętasz byłem jego uczniem w latach 1975-1985, pracując społecznie na rzecz ZBZ "Sangha" jako tłumacz jak również jako prowadzący zenda w Warszawie w latach 1978-1985. W 1985 roku będąc na treningu w Ośrodku Zen w Rochester stanąłem w obronie kobiet dręczonych przez kapłana służbistę i Pan Philip Kapleau uznając to za bunt przeciwko jego autorytetowi wyrzucił mnie na ulicę donosząc do U.S. Immigration, że jestem potencjalnym przestępcą. Poparłeś te działania jako akty oświeconego umysłu mistrza zen. Teraz po latach postanowiłem ujawnić listy Rosiego Yamady i Rosiego Aitkena z 1986 r., z których jasno wynika, że Pana Philipa Kapleau nikt nigdy mistrzem zen nie mianował jak również opisać patologie praktyki zen w Ośrodku w Rochester.
Zdecydowałem się na to z trzech powodów: po pierwsze - dowiedziałem się, że sam zostałeś nauczycielem w linii Pana Philipa Kapleau, po drugie - Pan Philip Kapleau ma już 91 lat i jak umrze jego polscy wyznawcy mogą zechcieć ukuć legendę o amerykańskim Bodhidharmie, po trzecie, kilka miesięcy temu osoba będąca pod Twoim wielkim wpływem powiedziała mej narzeczonej za moimi plecami, że muszę napisać do Ciebie list o tym, co zaszło podczas mej wizyty w Ośrodku Zen w Rochester jesienią 1985 r. Jej zdaniem popełniłem tam liczne błędy, ale nie chcę się do nich przyznać i prawda wyglądała zupełnie inaczej od tego jak ją przedstawiłem w mym liście do Sanghi ze stycznia 1986 r.
Nie odpisałem Ci na Twój niemądry list z 1986 r., ponieważ uważałem, że potrzebujesz czasu by zrozumieć co się stało. Poza tym konsekwencje mej odpowiedzi byłyby dla Ciebie bardzo nieprzyjemne i najadłbyś się masę wstydu. Również łudziłem się, że się w końcu opamiętasz. Jednakże z upływem lat zdawałem sobie coraz bardziej sprawę, że jeśli nie upublicznię tego co wiem o Ośrodku Zen w Rochester to niestety nieprawda zatriumfuje. Zarzucanie mi kłamstw przez wspomnianą osobę, z którą się przyjaźniłem od lat było przysłowiową kroplą, która przepełniła czarę goryczy. Zajrzałem więc do mych archiwów i nawiązałem dialog z krytykami Pana Kapleau w Stanach by porównać oceny. Ponieważ sprawa jest bardzo poważna przypomnę Ci fakty z przeszłości jak najdokładniej potrafię.
Podtrzymuję wszystko co napisałem w mym liście z Rochester z 11.01.1986 r. skierowanym do Sanghi, którego jej nie udostępniłeś. Kopie tego listu załączam. Odpisałeś mi wówczas w swoim liście z 9.02.1986 r., że nie przekażesz go adresatom, bo to mogłoby zabić w nich wiarę w możliwość przezwyciężenia ego, dodając na końcu, że Twój list, napisany w odpowiedzi, jest listem otwartym i że pokazujesz i czytasz go tym, którzy chcą poznać Twoje stanowisko". Czyniąc tak dopuściłeś się manipulacji. Zatajanie niewygodnych informacji o Ośrodku Zen w Rochester było wyrazem Twego protekcjonalnego stosunku do członków Sanghi. Odebrałeś im prawo poznania faktów. Pragnę Ci oświadczyć, że dziś tak samo stanąłbym w obronie kobiet pracujących w obsadzie Ośrodka w Rochester, którym dawał w kość kapłan Vajran prowadzący zendo, jak wówczas. Zrobiłbym to jednak o wiele bardziej zdecydowanie i powiadomiłbym amerykańskie media o poniżaniu ludzi, o ranieniu ich godności i stosowaniu psychicznej przemocy w Ośrodku Zen. Wtedy reagowałem uczuciowo i spontanicznie, naiwnie ufając do końca mądrości mego byłego nauczyciela i zderzyłem się z zimną bezwzględnością represyjnego systemu. Było to z mojej strony zachowanie skrajnie idealistyczne.
Twój list utrzymany był w tonie ojcowskich pouczeń. Dziwnie łatwo przyszło Ci przyjąć taki ton, mimo że podpisałeś się jako mój brat w Dharmie. List Twój obfitował w rozmaite oskarżenia, ostrzeżenia i pouczenia przy jednoczesnych zapewnieniach o przyjaźni i o tym, że zawsze będziesz żywił wobec mnie najlepsze uczucia i wdzięczność! Przeważały jednak androny z ambony, wywody o mojej karmie, ego etc. Najbardziej mnie rozbawił zarzut, że mnie ubodło, iż kazano mi w Ośrodku w Rochester myć ubikacje, bo spodziewałem się tam tłumaczyć teksty zen i pisać wiersze. Mycie ubikacji tak czystych jak w ośrodku zen jest pracą lekką i przyjemną, podobnie jak czyszczenie kadzielnic i wynoszenie papierów z koszy na śmieci, co też robiłem. Taką samą pracą zajmowałem się tam 5 lat wcześniej. To prawda, że chciałem tłumaczyć nową wersje "Trzech filarów zen", ale uznano, że tłumaczenie mogę zrobić później. Mylisz się pisząc, że jechałem do Rochester by zajmować się pisaniem wierszy. Czy zajmowałem się tym jak byliśmy tam razem w 1980 roku? Jedyny wiersz jaki tam wówczas napisałem był tzw. wierszem oświecenia ułożonym podczas sessin.
Twoje zarzuty, że "montuję frakcję" i że chcę Cię do niej skaptować były równie fałszywe jak twierdzenia, że w Rochester trafiłem "w klimat przed którym uciekłeś z domu /najpierw w hipisy a potem w zen/". Nigdy nie uciekałem z domu rodzinnego, nie wiem skąd masz takie wiadomości, podczas studiów mieszkałem w domu mej Babki, a w ruchu hippisowskim byłem już po studiach. Poza tym w moim domu rodzinnym nigdy nie doświadczyłem klimatu przemocy, chłodu emocjonalnego i kłamstwa jak w Ośrodku w Rochester. Zaś co do hippisów to przecież Ciebie poznałem podczas wizyty w komunie hipisowskiej tzw. "twórców" na ul. Słupeckiej we wczesnych latach 70-tych. Najbardziej niemądra w Twoim otwartym liście do mnie była nawet nie Twoja błędna analiza mej psychiki, lecz Twoje przeświadczenie, że "Jeśli ktoś jest twoim Nauczycielem, to wszystko co robi, mówi i co mu się przydarza jest nauką." (podkreślenia Twoje). Ta teza głosząca, że nauczyciel zawsze wyraża Dharmę, jak sam Budda Siakjamuni, bez względu na to co robi, jest tezą głupią i usprawiedliwiającą wszelkie czyny niegodne i niemoralne tzw. "oświeconych" nauczycieli, przypisując im nieomylność. Skandaliczne zachowania wielu mistrzów zen w Stanach w ciągu ostatnich 20 lat zadały kłam mitowi nieomylnego mistrza zen.
Gdy jesienią 1985 r. zadzwoniłem do Ciebie ze Stanów i zapytałem Cię, czy wiesz co się stało, to dzwoniłem do mego przyjaciela po zrozumienie. Cierpiałem bowiem ogromnie. Dzwoniłem do człowieka, którego kiedyś namawiałem na wstąpienie do buddyjskiej wspólnoty, którego ceniłem i uczyłem jak prowadzić grupowe zazen. Odpowiedziałeś mi wówczas, że wiesz o wszystkim i prosisz bym o tym nikomu nie opowiadał, bowiem mogłoby to zaszkodzić Dharmie w Polsce, tak jak ucieczka naszego mnicha i jeszcze jednego ucznia z Polski z Ośrodka w Rochester rok wcześniej. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie rozmawiam już z przyjacielem, lecz z politykiem zen. Uprzytomniłem sobie, że nie możesz pojąć tego co się wydarzyło z powodu indoktrynacji kultem osoby Philipa Kapleau i jego nauki, której też w końcu podlegałem przez 10 lat i zakończyłem rozmowę. Ty moje cierpienie odebrałeś jako wielką niepewność świadczącą o klęsce mojej, jak ją nazwałeś, "autorytarnej osobowości".
W dalszych listach do Andrzeja Urbanowicza, do Stefana Sencerza i do mnie pozwoliłeś sobie na szereg inwektyw pod naszym adresem. W żadnym z tych listów nie było cienia współczucia dla cierpienia ludzi traktowanych w sposób bezwzględny przez Pana Philipa Kapleau i jego pomocników. Ba! głosiłeś tezy, że bardziej godni współczucia są ciemięzcy, że trudniej im współczuć i że to jest dopiero wyzwanie, a ofiarom współczuć łatwiej. Bardzo to niebezpieczny sofistyczny relatywizm moralny. Na Twoje listy odpisał Ci tylko Stefan zdecydowanie mnie broniąc.
Po Twoim powrocie z Berlina w grudniu 1985 r., gdzie spotkałeś Pana Philipa Kapleau i Bodhina, opowiadałeś członkom Sanghi jakobym był człowiekiem chorym psychicznie. Powiedziałeś dosłownie: "Doszły nas słuchy, że Dobrowolski zwariował". Mówił mi o tym m.in. Marek Burski, który to słyszał w ogrodzie Ośrodka w Falenicy. Nazwiska innych osób, które słyszały podobne Twoje wypowiedzi zatarły mi się w pamięci. Mówiłeś też, że "Dobrowolski dyszy zemstą" i tym podobne głupstwa. Jak to się ma do etyki buddyzmu i do kodeksu etyczno-zawodowego psychologa? Gdy powtarzano mi o tym co o mnie opowiadasz po moim powrocie do Polski w roku 1987 wzruszałem tylko ramionami. Nie pozwałem Cię do sądu, ani nie złożyłem skargi na Ciebie do Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Nie upubliczniłem również wówczas listów Rosich Kouna Yamady i Roberta Aitkena świadczących o tym, że Pan Kapleau nie jest żadnym mistrzem zen, obawiając się, że reakcja komunistycznych władz jak i Kościoła katolickiego na taki skandal mogłaby zaszkodzić ruchowi medytacyjnemu w Polsce. Poza tym uważałem, że Ośrodek w Rochester zmierza ku samounicestwieniu.
Fakt, że wszyscy polscy uczniowie Pana Kapleau na Zachodzie, a więc kilkanaście osób, porzucili jego nauki nie wpłynął na Twoją postawę, ani też odejście wszystkich członków założycieli Z.B.Z "Sangha" i wielu innych. Mówiąc krotko, poparłeś brutalne zachowania Pana Kapleau i jego najbliższych współpracowników, usprawiedliwiałeś je i powtarzałeś ich kłamstwa i oszczerstwa, jednocześnie próbując zamknąć mi usta.
Po moim powrocie do Polski wiosną 1987 r. pokazałem liderom polskich grup zen listy Rosiego Yamady dotyczące niekompetencji Pana Kapleau. Nie pokazałem im odpowiedzi na nie Pana Kapleau, ponieważ wówczas jeszcze jej nie miałem. Na prośby rozmaitych osób o kopie listu Rosiego Yamady odpowiadałem odmownie. W tym czasie nie przestałeś mnie obmawiać. Nie zgadzałeś się by zapłacono mi za kolejne wydanie "Trzech filarów zen" w mym tłumaczeniu. Wyegzekwowałem to prosząc, by Ci przekazano, że oddam sprawę do sądu. Były i inne nieprzyjemności. Kilku członków Sanghi odwiedziło mnie tłumacząc mi, że skoro i Pan Kapleau i ja popełniliśmy błędy to najlepiej o tym w ogóle nie mówić. Potem ktoś napisał mi na ścianie przed wejściem do mego mieszkania, gdzie w latach 1981-1985 było zendo, słowa "privat zendo". Ktoś wyniósł też z mego domu zbiór koanów "Mumonkan" (wydanie ksero do praktyki z dedykacją Pana Kapleau). Widocznie ktoś uznał, że jestem niegodny by posiadać to, wątpliwej zresztą jakości, tłumaczenie. Dopiero po wielu latach, na moją prośbę, oddano mi większość mego księgozbioru, który pożyczyłem wyjeżdżając do Stanów. Wszystko to nie przynosi chwały grupie, która w międzyczasie przybrała dumną nazwę Związek Buddystów Zen "Bodhidharma".
Kiedy w 1988 r. gościła u mnie Toni Packer zadzwoniłeś nie przedstawiając się nawet i poprosiłeś o spotkanie z nią, u mnie. Jak przyszedłeś powiedziałeś, że chcesz mieć spotkanie prywatne i wyprosiłeś mnie z mego własnego mieszkania! Robiąc to okazałeś się nieodrodnym uczniem swego nauczyciela, który wyrzucił mnie ze swego środka na ulicę. Gdy wróciłem ze spaceru Toni powiedziała mi, że chciałeś wiedzieć, czy Pan Kapleau jest prawowitym spadkobiercą Rosiego Yasutaniego i mistrzem zen, czy też nie. Toni odpowiedziała Ci na Twe pytanie o kompetencje Pana Kapleau najdelikatniej jak tylko mogła: "He misrepresented himself". Listy Rosiego Yamady w tej kwestii, które jej przed spotkaniem z Tobą pokazałem, a których nie znała, jeszcze ją upewniły w tym przekonaniu. Gdy po Twej wizycie zapytałem Toni jak mam się odnosić do zniewag jakie mnie spotkały ze strony Pana Kapleau, jego współpracowników i Twojej odpowiedziała cytując Jezusa: "Wybacz im, bo nie wiedzą co czynią". Wybaczyłem, lecz z nadstawiania drugiego policzka nic obiektywnego nie wynikło i po latach uświadomiłem sobie, że jeśli ma się do czynienia z ludźmi, którzy dalej zachowują się niegodnie, kłamiąc i raniąc innych, to prócz wybaczania należy dać świadectwo prawdzie, niecne uczynki ujawnić i delikwentów postawić pod pręgierzem opinii publicznej. Milcząc nie dajemy świadectwa, pomagamy w ukrywaniu prawdy i bierna postawa tylko rozzuchwala natury pospolite. Samo wybaczenie nie jest jeszcze aktem sprawiedliwości.
W swoim liście do mnie napisałeś: "Twoja przygoda z Roshim Kapleau przydarzyła się tobie. I taka właśnie tylko tobie, lub ludziom bardzo podobnym do ciebie, mogła się przydarzyć." To prawda, tylko w innym znaczeniu niż Ty to rozumiesz.
(…)
Stefan w swym liście do Sanghi napisał, że postępowanie wobec mnie to był "najordynamiejszy akt zemsty". Napisał też, że właściwie rozpoznałem problemy Ośrodka i potwierdził prawdziwość podanych przeze mnie faktów, choć krytykował me działania jako nierozważne i egzaltowane. Nie słyszałem byś ten list pokazał adresatom.
Kiedy Ty w Polsce powtarzałeś po Panu Kapleau, że jestem chory umysłowo, ja w Stanach jeździłem od jednego ośrodka zen do drugiego. Udało mi się też dostać na doktoranckie studia religioznawcze na Uniwersytecie Harvarda, których później nie podjąłem, jako że zdecydowałem się wrócić do Polski. Jakoś moja "choroba psychiczna" mi w tym wszystkim nie przeszkodziła. Spotkałem też kilka osób poniżonych i brutalnie potraktowanych w Ośrodku Zen w Rochester lata wcześniej.
(…)
We wszystkich ośrodkach zen w jakich gościłem potępiano metody używane w Rochester. Mistrzowie zen: Yamada, Aitken, Maezumi, Sasaki, Seung Sahn. zdecydowanie krytykowali pana Philipa Kapleau znając relacje uczniów, którzy od niego odeszli, często bardzo poranieni. Ośrodek Zen w Rochester był bojkotowany od początku i poza jednym nauczycielem japońskiego zen i jednym nauczycielem chińskiego czan żaden mistrz nie złożył tam wizyty.
(…)
Mimo to przywiązanie Pana Kapleau do stanu kapłańskiego i do teokratycznego stylu rządzenia było ogromne. Gdy ludzie wyświęceni siedzą sobie w klasztorze mogą co najwyżej krzywdzić siebie nawzajem, kiedy jednak, korzystając z kapłańskiego autorytetu, poniżają i uwodzą ludzi świeckich jest to haniebne. Uwodzicielski czyn Vajrana nie był jedynym, jego rywal - kapłan Zenson - uwiódł, przypomnij sobie, szereg kobiet w Kanadzie i w Polsce przed 10 laty, będąc żonatym mężczyzną. Jak się ostatnio dowiedziałem wśród dziewcząt uwiedzionych w Kanadzie były też nieletnie córki członków Ośrodka. Zensona ostrzeżono, gdy go na tym przyłapano po raz pierwszy, ale uwodził dalej i musiał odejść. Mówiono mi, że pisałeś do Bodhina by Zenson dalej uczył w Polsce mimo swych wyczynów. Mam nadzieję, że to nieprawda. Skąd u Ciebie taka taryfa ulgowa wobec występków buddyjskiego kleru? Jak pytano kapłanów w Rochester, czy nie są aby przywiązani do swych kapłańskich szat i swej pozycji, odpowiadali, że nigdy w życiu. A więc to puste szaty, pełne miłości i mądrości, poniżały, uwodziły i kłamały i nie ma o czym w ogóle mówić, prawda?
W liście do mnie, pisząc o mym konflikcie z Vajranem, postawiłeś karkołomną tezę, że najłatwiej jest współczuć pokrzywdzonym, a trudniej ciemięzcom i że to jest dopiero wyzwanie. Myślę, że współczuć należy wszystkim, ale serce skłania się ku tym, którzy są krzywdzeni i poniżani, oni cierpią bardziej i są przedmiotem przemocy, a nie jej sprawcami. Jeśli Ty bardziej współczujesz chuliganom w kapłańskich szatach, niż ich ofiarom, to Twoje współczucie jest aktem rozumu, a nie serca i jest wykalkulowane lub też coś z nim jest nie tak. Pouczyłeś mnie, że gdybym działał motywowany współczuciem to mógłbym objąć największego demona.
(…)
Rozumiem, że mój przypadek jest dla Ciebie trudny, ale Twoje komentarze do niego są błędne od 18 łat. Twoje profesjonalnie sztampowe ocenianie psychik ludzi w połączeniu z relatywizmem moralnym, obłuda, i pragnieniem błyszczenia rażą mnie. To może ujść w mass-mediach, w popularyzujących psychologię książkach, w pismach naskórkowych dla dam, lub w pogadankach w telewizji, lecz nie przystoi nauczycielowi medytacji. Tak zauważyłeś, od lat jak gdzieś się spotkamy, podaję Ci rękę, ale nie mam ochoty z Tobą rozmawiać. Byłem bardzo cierpliwy i czekałem na jakieś oznaki zrozumienia, ale po latach moja cierpliwość się wyczerpała. Kiedy widzę Cię jako chodzącą powagę jak cedzisz słowa i celebrujesz każdy gest to mam ochotę Cię połaskotać, albo z Ciebie zakpić kapłanie mediów,
Swój list otwarty do mnie z 1986 roku kończysz tak : "Być może po tym co tu napisałem przyjdzie mi połknąć własny język gdy stanę wobec próby tak trudnej jak ta, która stała się Twoim udziałem. Ma szczęście wiem, że wiele z tego o czym piszę dotyczy również mnie. Mani nadzieję, że wystarczy mi sił i czasu aby wyrwać to z korzeniami zanim czas próby nadejdzie". Ten czas próby nadszedł.
W Ośrodku przy Filmowej trwa mocna praktyka,
Tam Wojtek Eichelberger swój język połyka.
Lecz z trucizn tylko wtedy amrita powstanie,
Gdy przyprawione wstydem będą głównym daniem
(…)
Wojtku, poparłeś brutalność i kłamstwa Pana Kapleau i przedstawiałeś je jako nauczycielskie czyny i słowa prawdziwego mistrza zen. Nigdy nie cofnąłeś powtarzanych po Panu Kapleau oszczerstw na mój temat. Wybaczyłem Ci, ale to nie znaczy, że nie będę przed Tobą ostrzegał, skoro teraz występujesz jako nauczyciel zen, reprezentujesz bowiem haniebną tradycję totalitarnych metod. Podtrzymywanie fałszywej legendy Pana Kapleau jest szkodliwe, bo zmusza do uczestnictwa w kłamstwie, łamie charaktery i rodzi fanatyzm. Pan Kapleau zaserwował Ci makio, które pokochałeś, ale z którego powinieneś się obudzić, bo powoduje tylko cierpienie. Uważam również, że Twoje kreowanie się w mediach na guru kobiet, który zrozumie każde niewieście serce, jest żenujące. Twoja ulubiona rola ojcowskiego autorytetu świadczy również o dużym narcyzmie, a biadanie nad upadkiem męskich autorytetów zdradza tęsknotę odegrania jakiejś większej roli nie tylko w oczach kobiet. Nie zauważyłeś jednak, świętoszku, że to męskie autorytety niewolą ludzi, wywołują konflikty i wojny. Zapędziłeś się w roli mędrca i strażnika Dharmy, a nie dostrzegasz jak bardzo ograniczają Cię stereotypy zawodowe i stereotypy zen. W kwartalniku jezuitów "Życie duchowe" (Jesień 2003) w swym artykule "Gdzie jest ojciec?" przypisujesz maksymę Abrahama od św. Klary "Ten kto umrze zanim umrze, nie umiera gdy umiera" jakiemuś mistrzowi zen, cytując ją zresztą w przekręconej formie. Jeśli wszelka mądrość kojarzy Ci się tylko z powiedzeniami mistrzów zen to Twoim sapiencjalnym monologom grozi monotematyzm. Dziwi mnie też, że w powyższym tekście piszesz tylko o głodzie ojca u synów całkowicie zapominając o wygłodniałych córkach, które pokrzepiało tylu duchowych ojców zen. Na koniec przypomnę Ci Twe własne słowa (komentarz do "Alchemika" P. Coelho z internetu): "W chrześcijaństwie nazywa się to pokorą, w buddyźmie zwątpieniem. Zwątpieniem we wszystko co do tej pory uznawane było przez nas za niepodważalną i wystarczającą wiedzę o życiu. Bo skoro przynosi ono tyle cierpienia to przecież nie może być prawdą."
(-)
Jacek Dobrowolski
Zobacz także
Wyjazd z Piotrem Pytlakowskim w Polskę, około 100 kilometrów od Warszawy. Znowu weszliśmy do starej rzeki. Słusznie, nie wierzyliśmy prokuratorskim kwitom/przeciekom. I znowu pójdziemy w poprzek, jak kiedyś. W przydrożnym zajeździe, gdzie wracając zatrzymaliśmy się na obiad, podsumowałem nasz wypad: Ta historia to opowieść szkatułkowa. Prawdy nigdy nie poznamy.
Fakty po Faktach (TVN24) Program prowadził Grzegorz Kajdanowicz. Gośćmi byli Marek Biernacki, Sylwester Latkowski i Wojciech Brochwicz
Miejsca prapremiery (03.08.11) najnowszego filmu dokumentalnego Sylwestra Latkowskiego nie wybrano przypadkowo. W 2002 roku jego „Pub 700” uznano jako najlepszy polski film dokumentalny Festiwalu Filmowego w Kazimierzu.
Naga prawda o środowisku dziennikarskim. Ostatnio ukazał się tekst, krótka recenzja o programie telewizyjnym. Reakcja. Dziennikarka zadzwoniła do autora i stwierdziła: „Jesteś kutas”. Następnego dnia autor usłyszał, że o nim też mogą zrob